Wbrew pozorom, wcale nie jadam dużo słodkiego, bardziej mnie można uwieść solidną porcja mięsa czy słonymi czipsami niż cukierkami. Ale czekolady sobie odmówić nie umiem.
Sięgam wiec od czasu do czasu po różne czekoladowe cudności no i niestety, bywa różnie. Problem z czekoladowymi ciasteczkami, zwłaszcza tymi kupnymi, jest najczęściej taki, że czekolady w nich dość mało. Bardziej kakao, jakiś delikatny posmak. Polewa może i jest satysfakcjonująca, ale to nie do końca to samo.
Przez długi czas wygrywały w moim prywatnym rankingu czekoladowe ciastka kupowane na sztuki u Sowy. No ale jak już spróbowałam przepisu Nigelli, to mam nowego lidera.
Oczywiście, jak to u Nigelli - nie ma co liczyć na wersję light. Z jej oryginalnego przepisu wychodzi, że zużywamy pół kilo czekolady na 12 ciasteczek. Nawet dla mnie, to brzmi aż przerażająco :) Ale: przepis próbowałam już drugi raz i po raz drugi jestem zadziwiona jak jej mogło wyjść z tego tylko 12, skoro ja piekę ok 60.
Pół kilo nas 60 ciastek jest już bardziej rozsądne :)
Obejrzyjcie więc, jak ona to robi:
I do roboty!
Składniki:
1,5 tabliczki roztopionej gorzkiej czekolady
125 g miękkiego masła
pół szklanki cukru
1 zimne jajko
szklanka mąki
3 łyżki kakao
łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
1,5 tabliczki posiekanej gorzkiej czekolady
2 tabliczki posiekanej mlecznej czekolady
Wykonanie:
Masło ucieramy z cukrem na w miarę puszystą masę. Dodajemy roztopioną czekoladę, mieszamy. Wbijamy jajko. Następnie dodajemy wszystkie suche składniki, całość mieszamy (lub miksujemy). Masa będzie dość gęsta i klejąca, nie jak typowe ciasto.
Na koniec wrzucamy całą posiekaną czekoladę. Mieszamy łyżką.
Z masy formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Kulki układamy w pewnej odległości od siebie, bo pod wpływem ciepła w piekarniku spłaszczą się i zaczną wyglądać jak zwykłe ciasteczka. Jak je poupychamy za bardzo, to się skubańce sklęją i powstanie jedno wielkie ciastko (co, jakby się tak zastanowić, nie brzmi aż tak tragicznie ;) )
Pieczenie:
Pieczemy 18 minut w 170 stopniach.
Pieczenie jest dla mnie największym koszmarem jeżeli chodzi o przygotowywanie jakichkolwiek ciastek. Jako że ogólnie brakuje mi dyscypliny w trzymaniu się przepisów, trzymanie się dokładnych wytycznych co do pieczenia też nie było moja mocną stroną. Przede wszystkim, jakoś zawsze się obawiam, że ciastka będą surowe, wiec mówię sobie "niech jeszcze chwilkę posiedzą w piekarniku" po czym siedzą tam jedną chwilkę, drugą, trzecią i kończą przypalone i przesuszone.
Ale tutaj dyscyplina naprawdę popłaca: ciastka wyjmowałam z pieca równo po 18 minutach, mimo iż wydawały mi sie jeszcze odrobinę zbyt miękkie. I dobrze zrobiłam. Przy takiej ilości czekolady, ciastka ciepłe były trochę roztopione. Gdy postały chwilę na blaszce i wystudziły się stały się pięknie kruche, no i po prostu idealne :)
***
Jak widzicie, te ciastka to niemal sama czekolada. Są kruche, ale rozpływają się w ustach. I są na tyle czekoladowe i mocne w smaku, że raczej zjada się je oszczędnie. Pierwszą partię jaką upiekłam, trzymałam w szczelnym opakowaniu w swoim gabinecie i przez 4 tygodnie podjadałam 2-3 ciastka jako drugie śniadanie. Ach, szczęście :)

Poproszę choć ze dwa! :]
OdpowiedzUsuń